Zmiany

March 17, 2011 Leave a comment

Nowy Rok, nowa wiosna, nowa strona, nowy blog – niniejszym informuję, że [gdybyscie wiedzieli ile miałam problemu z napisaniem “że”…ech, ta nowa klawiatura…] blog carmenee.wordpress.com został przeniesiony na blog.martaoryszczak.pl. Oraz, że [tym razem sie udało] dorobiłam się strony, na której występują moje zdjęcia w formie łatwiejszej do przeglądania. I nawet można polubić :>

Za wszystkie zmiany i (nie)dogodności przepraszam. I obiecuję, że będę bardziej aktywna – słońce ładuje mi powoli wyczerpaną mrozami baterię.

 

Advertisements
Categories: Uncategorized

11.11.2010

November 12, 2010 3 comments

Dla jednych szczęściem jest możliwość wyrażania swoich poglądów.
Dla mnie szczęściem w tej sytuacji jest możliwość bycia wyłącznie obserwatorem.

Categories: pictures Tags: , , ,

bla bla bla, czyli .jpg vs .txt

October 14, 2010 2 comments

Dawno nie pisałam.

I nie chodzi o częstotliwość pojawiania się postów, tylko ich JAKOŚĆ.

Bo to nie takie wpisy jakie powinny być i do jakich Blog Na Którym Właśnie Siedzicie został stworzony.

Mało, mało, mało.

Od dłuższego czasu porozumiewam się ze światem za pomocą obrazków.

I jeżeli nie jestem starożytną Egipcjanką czy też nie odpowiadam właśnie za rozmieszczanie znaków drogowych, ewentualnie jeżeli akurat nie mam czterech lat to znaczy, że coś jest bardzo nie w porządku.

I wcale nie jest mi z tym dobrze.

PROPORCJE ZOSTAŁY ZACHWIANE!

A czuję (nawet nie tak głęboko i nawet nie tylko w środku!), że wypadałoby przywołać Wenę. Do porządku.

No właśnie. Wena. Najwyraźniej oddałam jej nieświadomie swój urlop, który istnieje przez ostatni rok wyłącznie na (pewnie już pożółkłym, zakurzonym i nadgryzionym przez szczury) papierze w segregatorze kadrowej.

I mam wrażenie,  że Szanowna Wena dostaje skurczy na widok mojego zdjęcia w portfelu, bo jakoś nie chce wracać.

Droga WENO! Cóż ja Ci takiego uczyniłam???

Ty Dziwko.

Categories: random thoughts

Penne ze szpinakiem i całą resztą.

September 5, 2010 1 comment

Gotowanie nigdy nie było moją mocną stroną.

Bardzo długo (podstawówka i LO) było Sztuką Nieotrucia Nikogo.

Na studiach było Sztuką Przetrwania alias Jajecznica Na 5000 Sposobów.

Od niedawna jest Sztuką Łączenia Tak, Aby Było Zjadliwe.  Z lepszym lub gorszym skutkiem.

Ostatnio muszę przyznać, że z coraz lepszym.

Dlatego zaczęłam wychodzić z nim do ludzi.

Wspomniane w tytule penne jest jednym z najbardziej udanych moich wymysłów. Tak stwierdzę, nieskromnie.

Historia jego powstania jest dość dziwna, więc nie będę opowiadać. Nie będę Wam psuć zabawy.

Pewnie gdzieś istnieje taka potrawa – jeżeli znajdziecie mi oficjalną nazwę będę wdzięczna.

Ta, Którą Wymyśliłam (a którą możecie podziwiać w tytule wpisu) jest zdecydowanie za mało egzotyczna.

Nie mam niestety zdjęcia. Przepis zamieszczam, gdyż ostatnio miałam okazję robić je dla Sporej Grupy Osób i chyba było dobre, bo poproszono mnie o know-how 😉

Ci co jedli wiedzą jak wygląda, więc zdjęcie nie jest niezbędne.

Ci co nie jedli muszą wykazać się wyobraźnią i wierzyć na słowo, że wygląda całkiem apetycznie.

Oraz pragnę zaznaczyć, iż ciężko mi jest podać dokładne proporcje składników oraz zaklęcia magiczne przeze mnie używane, gdyż dotychczas robiłam owe penne sposobem polecanym przez okulistów.

Na oko znaczy się.

(Teraz już wiecie co to znaczy przydługi i nudnawy wstęp).

PENNE [porcja na standardową blaszkę – około 20x30cm]

Potrzebujecie:

1 opakowanie szpinaku – ja robię z mrożonego, rozdrobnionego  [Z kilku powodów. I wcale lenistwo nie jest na pierwszym miejscu.]

1 opakowanie mrożonych brokułów

1 opakowanie makaronu penne [nie wchodzi cały, ale gotuję wszystko. Później do czegoś wykorzystuję]

po 1 opakowaniu serów: niebieski Lazur, zielony Lazur, zwykły, najzwyklejszy Camembert Turek. Próbowałam już wielu, ten imho najlepiej zachowuje się w piekarniku.

6 – 8 plasterków [zależy od ich wielkości i wielkości blaszki] sera żółtego – holender jest ok, salami też się sprawdza

1 śmietana duża 18%

czosnek, biały pieprz, sól, oliwa

Na patelni rozgrzewamy oliwę i wrzucamy na nią pokrojony w cienkie plasterki 1 ząbek czosnku. Jak zacznie wydzielać zapach i lekko się rumienić błyskawicznie wrzucamy na niego szpinak. Szpinak wrzucam zamrożony i mieszam go aż się rozmrozi i odparuje wodę. Ważne, żeby uzbroić się w cierpliwość i dobrze odparować  z niego wodę, gdyż później będziemy go łączyć ze śmietaną.

W tak zwanym międzyczasie doprawiamy solą, białym pieprzem (w połączeniu z czosnkiem i szpinakiem pachnie trochę jak pastwisko, ale wierzcie mi – tak ma być) i wciskamy do niego jeszcze 2-3 ząbki czosnku. Ważne jest, żeby dobrze go przyprawić, ponieważ śmietana za chwilę złagodzi smak i będzie mdłe. Tak więc Drogie Dzieci nie lękajcie się pieprzu i czosnku 😉

Jak już przyprawicie i odparujecie szpinak to wyłączcie gaz [prąd, ew. zgaście ognisko] i zalejcie go śmietaną ciągle mieszając [oczywiście nie trzeba “ciąglemieszać”, ale bardzo chciałam przemycić tu jakiś typowo książkokucharski zwrot. Chociaż chyba bardziej kojarzy mi się z zupkami w proszku]. Nie dawajcie całego kubka śmietany, będzie zbyt śmietanowe. Tak 3/4, o. I będzie dobrze.

Ugotowaliście już makaron? Nie? No to ugotujcie. Bardziej al dente niż na papkę. Coś pomiędzy.

A, jak już wstawiacie makaron, to do drugiego garnka wrzućcie też brokuły. I dajcie się maleństwom rozmrozić i ugotować, ale bez przesady. Preferuję bardziej twarde, niż miękkie.

No i po bólu.

Teraz w blaszce wysmarowanej oliwą ułóżcie makaron, tak ze 2 warstwy (wiem, że to nienormalne, ale ja układam), na niego połowę szpinaku, połowę brokułów, połowę serów z wyjątkiem Turka (żółty w plasterkach i Lazur – który się Wam bardziej podoba 😉 Ja do środka daję zielony, bo niebieski ładniej wygląda na górze, ale to już moja fanaberia).

Na to dajemy drugą warstwę makaronu, resztę szpinaku, resztę brokułów i reszta serów plus pokrojony w plasterki i ułożony tu i ówdzie Turek.

Przykrywamy folią aluminiową i wstawiamy do piekarnika na…hmm..aż się sery roztopią.

Wiem, brzmi skomplikowanie, ale to wyłącznie dlatego, że ja nie potrafię pisać zwięźle.

Wierzcie mi – nie gotowałabym niczego, co wymaga dużego nakładu pracy (polecam rozdział o lenistwie. Był taki? Nie? To muszę stworzyć).

Dajcie znać, czy wyszło 🙂

PS. Widzę, że jest to najpopularniejszy wpis na blogu, codziennie wchodzi ktoś, kto szuka przepisu na szpinak z makaronem. I dziwię się, że nikt nie zostawia komentarza…czy Wy się wszyscy tam potruliście ;>??

Szacia czyli #pokarudość :)

August 25, 2010 5 comments

Za mną już prawie miesiąc w Warszawie.
Śledząc mojego blipa naprawdę nie trzeba być Sherlockiem żeby domyślić się, iż aklimatyzacja idzie mi….hmm…CIĘŻKO [eufemizm z górnej półki, wierzcie].
Na szczęście mam tu kilka osób, które stają na rzęsach żeby to wszystko odbywało się bez ofiar w ludziach [lub jednym ludziu, moim 🙂 ].
Od pierwszych dni [właściwie od momentu, w którym urodził się pomysł przeprowadzki] taką osobą była Szatka.
I to taką najbardziejszą.
Dobro wcielone. Kto poznał, ten wie.
I za wszystko – od noszenia mi walizki, przez przenocowanie, karmienie, zabieranie do Maka po “podcieranie smarków” – jestem jej bardzo wdzięczna.
Dlatego chciałam coś dla niej zrobić.
Tak w ramach “Dziękuję”.
I sądząc po jej reakcjach na maile z Załącznikami, to chyba mi wyszło 🙂

[Oczywiście musiałam ją namawiać do tego mniej więcej tak długo jak przeciętnego kota namawia się do wzięcia kąpieli z pianką, ale w końcu się udało ;)]

Szatka – pytałaś czemu chcę zrobić te zdjęcia. Już wiesz 😉
Zresztą…TA RUDOŚĆ WYMAGAŁA UWIECZNIENIA 😀

Wa-wa.

August 7, 2010 9 comments

Pierwszy tydzień za mną. Pora na podsumowanie najważniejszych i najświeższych doznań.

This week’s DISSES go to:

– Ex lokatorzy mieszkania – najwyraźniej mieli nadzieję, iż rozwinięte mikroby zaczną się dorzucać do czynszu. Na szczęście zabite Robaki okazały się nie być karaluchami.
– Tutejsza gościnność momentami. Zadziwiająca. I szczerość. I ZMIENNOŚĆ. Klasyczna. Bez wdawania się w szczegóły.
– Pizza super extra hot z Da Grasso. Nie dość, że połowa była spalona, nie dość, że połowa była na pokrywce pudełka, nie dość, że ciasto wyglądem i konsystencją przypominało ścierkę do podłogi, to jeszcze w ogóle nie była ostra. Wielki minus. Miałam ochotę zanieść im z powrotem i rozsmarować ostentacyjnie na ladzie. Mają szczęście, że nie znam jeszcze okolicy i zapewne bym nie trafiła.
– Warszawa leży zdecydowanie za daleko od Wrocławia.

This week’s KISSES go to:

– Praca – najchętniej bym z niej nie wychodziła. Świetni ludzie, z dużym poczuciem humoru. Zero stresu. Oby tak dalej.
– Komunikacja miejska. I komunikacja samochodowa. Koleżeńska w sensie. Nie czuję odległości.
– Jagodzianki z małego sklepiku na Wałbrzyskiej. Dobrze robią na problemy z żołądkiem i tym do czego przez żołądek się dociera.
– Zmądrzenie. Endliś.

Wyczekujcie kolejnego odcinka.

Nadia

July 23, 2010 1 comment

Tylko się nie śmiejcie…
Po roku od założenia konta odświeżyłam swój profil w serwisie maxmodels.pl.

Nie wpasowuję się do końca w tamtejszy klimat, bo jednak wyrosłam na TROCHĘ innych społecznościówkach, NO ALE.

Dobra. I tak wiem, że się pośmialiście…

N e way… Są też plusy. I to duże. Jak Nadia. Tzn. Nadia akurat jest drobniutka. Po kilku dniach od mojego uaktywnienia się zgadałyśmy się na zdjęcia. Właściwie to zgadał nas Sebastian (srsly, czemu ja tam jestem? i tak jestem zbędna 🙂 ).
Wykorzystaliśmy plażę, zachodzące słońce i lekki wiaterek. Wszystko za jedyne 3zł opłaty parkingowej na dachu wrocławskiego Centrum Handlowego RENOMA.

Nadia jest świetna – ładna, dziewczęca, miła, wyluzowana, z poczuciem humoru 🙂 Dawno się już tak nie uśmiałam robiąc zdjęcia 🙂

Efekty poniżej. Wrzucam dużo, a co. Może mnie z wordpressa nie wygonią za wytracanie przestrzeni 🙂

Categories: pictures Tags: , ,